sobota, 20 grudnia 2014

Epilog.

 Pyeongchang 2018. Igrzyska Olimpijskie. Złoty medal olimpijski. Marzenie każdego sportowca. Cel, do którego dąży się latami. Miliony treningów, konkursów, niepowodzeń... Ciężka praca na siłowni, na skoczni. Upadki i powstania. Kontuzje, rehabilitacje, powrót na szczyt. Hektolitry wylanego potu. Złość. Mnóstwo wyrzeczeń. Opuszczenia domu, najbliższych. Wszystko po to, by pewnego dnia spełnić swoje marzenia. Marzenia o byciu najlepszym. Marzenia o wysłuchaniu hymnu narodowego, stojąc na pierwszym stopniu podium... To wszystko było w moim zasięgu. Prowadziłem po pierwszej serii konkursowej. Miałem niewielką przewagę nad drugim Maćkiem Kotem. Wiedziałem, że mogę to wygrać. Że muszę... Dla siebie, dla rodziny, dla mojej Ady, dla trenera, kibiców... Z niecierpliwością oczekiwałem drugiej serii. Chciałem mieć ten skok za sobą. Poczuć smak zwycięstwa, albo porażki. Nie mogłem wymyślać czarnych scenariuszy. Co ma być to będzie. Musiałem maksymalnie skupić swoją uwagę na skoku, nic nie mogło mnie rozpraszać. Nawet Wanki to zrozumiał i podczas przerwy darował sobie dowcipy na mój temat. Mój przyjaciel zajmował miejsce pod koniec pierwszej dziesiątki. Chciał je poprawić, ale wiedziałem, że trzyma za mnie kciuki. Cała drużyna. Ci, którzy zajmowali dalsze lokaty i ci, którzy nie zdołali awansować do drugiej serii. Wierzyli we mnie. Nie mogłem sobie pozwolić na to, aby kiedykolwiek przestali, dlatego musiałem udowodnić im wszystkim, a przede wszystkim sobie, że jestem w stanie to zrobić!
Czas przyspieszał... Kolejni skoczkowie opuszczali domek, aby wykonać swoją próbę... Nim się spostrzegłem trzeba było wychodzić. Wziąłem narty. Z ciężko bijącym sercem i z tysiącem myśli w głowie udałem się na górę. Omiotłem wzrokiem tłum kibiców. Zobaczyłem morze czarno-czerwono-żółtych flag. Moi bliscy, Ada, rodzina, przyjaciele... Wszyscy czekali. Ja tak samo. Kiedy mój bezpośredni rywal oddał skok nic nie wiedziałem. Chyba był dobry – słyszałem wrzask na trybunach. Moje ciśnienie wzrosło. Adrenalina już od jakiegoś czasu była na najwyższym poziomie. Serce, chciało mi wyskoczyć z piersi, nogi robiły się miękkie... Przełknąłem ślinę. Usadowiłem się na belce. Poprawiłem kask i gogle. Za parę sekund będzie po wszystkim. Będę wiedział, czy zdołałem zwyciężyć. Trener Werner dał mi znak. Energicznie pomachał flagą. Zielone światełko mówiło wszystko – to ten moment, ta chwila. Zdecydowanym ruchem odepchnąłem się od belki. Poprawiłem pozycję, układając ręce, poruszyłem kolanami. Sunąłem po rozbiegu. Już za chwilę...
Poczułem, że nadszedł odpowiedni moment. Wybiłem się z progu, czując, że przyjąłem odpowiednią sylwetkę w locie. I leciałem... Leciałem po marzenia. Po złoty medal... Było już tak blisko. Wylądowałem telemarkiem. Daleko. Czułem to! Szybko podjechałem do band, machając publiczności. Za parę sekund będę wiedział. Dowiem się, czy zostałem Mistrzem Olimpijskim. Nerwowe oczekiwanie. Ściągnąłem gogle oraz kask. Trzymałem je w ręce patrząc na tablicę wyników. Najpierw odległość – 140 metrów. Imponująca! Nie mogłem już dłużej wytrzymać. Krew buzowała mnie we szybko, tętno rosło z każdą mijającą sekundą. Wreszcie... Obok mojego nazwiska i odległości pojawiła się ta upragniona cyfra. Jedynka. Ogłuszył mnie ryk kibiców, koledzy z drużyny rzucili się na mnie, gratulowali, klepali mnie po plecach. Odrzuciłem cały sprzęt gdzieś daleko. Wrzeszczałem ile sił w płucach – osiągnąłem swój cel! Wygrałem! Jestem Mistrzem Olimpijskim! Nim się spostrzegłem podbiegł do mnie trener, krzyczał, gestykulował rękoma, był dumny, szczęśliwy... Ja również! Nie zważając na nic udałem się w kierunku miejsca, gdzie stali oni wszyscy. Mama rzuciła mi się na szyję – płakała. Tata uściskał mocno, mówiąc, że jest dumny z takiego syna. Siostry przytuliły mnie mocno. Martha wraz z małym Louisem w ramionach uśmiechała się promiennie. Gratulowała mi. Aż wreszcie dostałem się do mojej ukochanej. Ocierała łzy wzruszenia.
 - Ada!
 - Andi! - Wrzasnęła i zamknęła mnie w szczelnym uścisku. Rozpłakała się. Czułem jak jej ciało drży, dlatego wzmocniłem uścisk. - Gratuluję ci z całego serca!
 - Ten medal jest dla nas rozumiesz! Za to wszystko, co musieliśmy przejść! Dedykuję go tobie!
 - I naszej córce, Andi... - Powiedziała.
Pokręciłem głową, bo na początku nie dotarł do mnie sens jej słów. Spojrzałem na nią, na jej sylwetkę, na brzuch...
 - Jesteś, jesteś...?
 - Jestem – Wyszeptała mi wprost do ucha. Zaśmiałem się szczerze. Zacząłem okręcać ją wokół własnej osi. W tej chwili byłem najszczęśliwszym facetem na ziemi. Miałem wszystko!

 W skupieniu słuchałem hymnu narodowego stojąc na pierwszym stopniu podium. Chwilę wcześniej na mojej szyi został powieszony złoty medal. Nagroda. Za wytrwałość, ciężką pracę, za wszystkie wyrzeczenia. Nagroda dla mnie, dla Ady i dla naszej córeczki... Nie wstydziłem się swoich łez. Nie próbowałem ich powstrzymać. One po prostu płynęły. Byłem dumny, wzruszony, przepełniało mnie szczęście... Byłem spełniony...


 - Andi! - Krzyknęła moja żona stojąc w ogrodzie i wpatrując się w niebo.
 - Słucham cię, skarbie? - Podszedłem do niej i stanąłem obejmując ją od tyłu. Swoje dłonie położyłem na jej zaokrąglonym brzuchu, czule go gładząc.
 - Powiedz mi jak ja ci się odwdzięczę?
 - Za co głuptasku?
 - Za wszystko! Za to, że tak dzielnie spełniasz moje zachcianki, humory... Za to, że nie masz mnie dość. Za to, że jesteś...
 - Ada... Ty nie musisz mi się niczym odwdzięczać. Wiesz, co ci powiem? Masz nade mną przewagę na całe życie. A wiesz, dlaczego? Bo nosisz pod sercem naszą córkę, naszą księżniczkę, owoc naszej miłości. To ja nigdy nie spłacę tego długu- Zaśmiałem się.
Pociągnęła nosem – znów się rozpłakała. Oparłem brodę na jej ramieniu, rozkoszując się chwilą. Było magicznie. Było jak w bajce.
 - Widziałeś spadającą gwiazdę? - Zagadnęła w pewnym momencie.
 - Nie muszę patrzeć w niebo, aby je dostrzec. Moja gwiazda stoi w tej chwili obok mnie. Jest tą jedną, jedyną. Widzisz... Los tak nami pokierował. Jesteśmy dwoma gwiazdami, które spadły na ziemię w odpowiednim momencie. Połączyło nas uczucie, miłość, dziecko. Odnaleźliśmy siebie. W tym zgiełku, w problemach, w tym świecie... Czyż to nie piękne? - Odwróciłem ją ku sobie. Otarłem kciukiem łzy z jej policzków. - Kocham cię, Heckm... Kocham cię, Wellinger! - Poprawiłem się, śmiejąc się głośno.
 - A ja ciebie wariacie! - Posłała w moją stronę najpiękniejszy uśmiech. Uśmiech zarezerwowany tylko dla mnie...
Złączyliśmy nasze dłonie, a obrączki z wygrawerowanymi imionami zabłysły pod wpływem jasności Księżyca widniejącego na ciemnym niebie, pełnym gwiazd...  

KONIEC.



****

Witam! ;* 

Oto nastał ten dzień, w którym trzeba pożegnać się z losami Ady i Andiego... Będzie mi ich brakowało, tego jestem pewna! Związałam się z nimi i  bardzo przykro mi kończyć, ale tak trzeba ;) 
Zakładając to opowiadanie w lutym nie spodziewałam się, że przetrwa prawie rok. Jak zwykle rozciągnęło się w czasie, ale nic nie mogłam na to poradzić. Cieszę się jednak, że przezwyciężyłam kryzys, wróciłam i dokończyłam tę historię do końca ;) 

Wiele zawdzięczam Wam, moje drogie czytelniczki. Bez Was bym tego nie osiągnęła. Dlatego tu, z tego miejsca dziękuję każdej z osobna za każdy komentarz, za każdą opinię, za rozmowy, słowa wsparcia i otuchy... Wiele to dla mnie znaczy i dziękuję Wam z całego serducha! Naprawdę to skarb mieć takie czytelniczki jak Wy! ;) 

Cóż, chyba tyle ode mnie... Mam nadzieję, że podoba Wam się zakończenie. Naprawdę się starałam! :D

A teraz... Chyba czas zacząć pisać rozdział na Maćka, nie sądzicie? ;) 

Pozdrawiam! ;* 

niedziela, 7 grudnia 2014

Rozdział 15.

 Moje życie od czasu chrzcin synka Marthy i Andreasa zmieniło się diametralnie. Odzyskałam sens swojej egzystencji. Odzyskałam przyjaciela, kochanka, mężczyznę moich marzeń. Mojego ukochanego blondyna o najpiękniejszej barwie oczu na świecie... Nie przypuszczałam, że będziemy w stanie porozmawiać ze sobą bez żadnego skrępowania. Podczas tych trzech lat rozłąki nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Tęskniliśmy za sobą, rozpamiętywaliśmy dawne czasy, ale nie próbowaliśmy działać, naprawiać... Pogodziliśmy się ze swoim losem, jednocześnie oboje z napięciem wyczekiwaliśmy spotkania. Spotkania, które wszystko zmieniło. Wystarczyła jedna, szczera rozmowa. Po niej wiedziałam już wszystko. Wiedziałam, że się kochamy. Że ja nadal kocham jego, a on kocha mnie... Przez trzy lata nic się nie zmieniło. Może dorośliśmy, a uczucia, które w nas drzemały rozbudziły się nagle na widok tej drugiej, tak dawno niewidzianej osoby. Tak miało być... Musieliśmy inaczej spojrzeć na pewne sprawy, zrozumieć je.
 - Wiesz... - Zaczął Andi. - Naprawdę myślałem o tobie cały czas, każdą partnerkę porównywałem do ciebie, odtwarzałem głębię twojego spojrzenia, uśmiech, dotyk dłoni... Wiem, że było to bez sensu, ale inaczej nie potrafiłem. Być może w podświadomości czułem, że jeszcze kiedyś będziemy razem, że wszystko uda się naprawić i jak widać nie omyliłem się...
 - Andi... Miałam dokładnie tak samo! Żaden facet, z którym się spotykałam nie był tobą. Żaden nie posiadał tak niesfornej czupryny, żaden nie był tak wysportowany, żaden widok ciała nie przyprawiał mnie o dreszcze, żaden nie patrzył na mnie w taki sposób jak ty. I żaden nie miał tak silnej broni jak ty. Nie posiadał moich najukochańszych oczu. Moich i tylko moich... - Powiedziałam i wzruszona wtuliłam się w jego silne ramię. - Kocham cię, Wellinger!
 - A ja ciebie Heckmann! Kocham cię od tamtego dnia w klubie!
Zaśmiałam się na wspomnienie początku naszej znajomości. Co prawda, to prawda... Zaczęliśmy z wysokiego c, ale potem wydarzenia toczyły się swoim rytmem. Skakaliśmy sobie do gardeł, kłóciliśmy się, godziliśmy się, czuliśmy napięcie, pożądanie, namiętność... A teraz czujemy miłość. Czujemy ją naprawdę. Ona była w nas cały czas, potrzebowała tylko jednej, jedynej chwili, aby rozbudzić się na nowo...

 Czas leciał nieubłaganie. Nowy sezon zimowy 2017/2018 trwał w najlepsze. Zbliżała się 66. edycja Turnieju Czterech Skoczni. Nie ukrywam, że bardzo chciałem ją wygrać. W styczniu, cztery lata temu, właśnie w Oberstdorfie podczas przerw między seriami ujrzałem ją ponownie. Potem wszystko toczyło się szybko – nasze kłótnie, godzenie się, pocałunki... To miejsce było dla nas wyjątkowe, dlatego właśnie tutaj chciałem zwyciężyć pierwszy raz podczas tego sezonu. Nie mogłem pozwolić, by coś stanęło mi na przeszkodzie. Wiedziałam, że ona będzie mnie dopingować z całych sił. To będzie dodatkowa motywacja.
 - Wellinger, niech zgadnę! Chcesz wygrać, bo Ada, bo to, bo tamto, prawda? - Usłyszałem głos Wankiego.
 - Tak, Wank - Odpowiedziałem. - Chcę, bo Ada, bo to, bo tamto.
 - Wiedziałem! Widzisz jaki jestem mądry?
 - Bardzo - Zironizowałem, ale na szczęście mój przyjaciel o tym nie wiedział. Nigdy nie był dobry w odgadywaniu sarkazmu, czy ironii. - Pozwolę ci zająć drugie miejsce - Wyszczerzyłem się.
 - Dzięki wielkie, bardzo to sobie cenię! Wygrywaj sobie dziś, ale Ga-Pa będzie dla mnie, Ga-Pa będzie dla mnie!
 - Istotnie Wanki, istotnie!

 Tak jak obiecałem, tak zrobiłem! Wygrałem pierwszy konkurs 66. Turnieju Czterech Skoczni. W Oberstdorfie. W swojej ojczyźnie. Przed swoją publicznością. Przed swoimi najbliższymi. I, co najważniejsze przed nią. Moją ukochaną. Moją narzeczoną. Moją Adrianną.
 - Gratuluję! - Nim się spostrzegłem, była obok mnie i rzuciła mi się na szyję. - Jesteś najlepszy! - Ucałowała mnie w policzki.
 - To zwycięstwo jest dla ciebie... Pamiętasz styczeń, cztery lata temu...
 - Pamiętam Andi. Pamiętam wszystko- Uśmiechnęła się. - To, że gapiłeś się na mój tyłek, gdy wysiadałeś z autokaru także - Wytknęła mi język, a ja dałem jej kuksańca.
 - A Bischofshofen? - Szepnąłem jej do ucha. Wyczułem jak zadrżała.
 - Pamiętam - Odpowiedziała również szeptem, lekko przygryzając moją szyję. Westchnąłem przeciągle. - A teraz leć na dekorację! Nagrodę ode mnie dostaniesz później!
 - Nie mogę się doczekać, kochanie!
 - Wellinger! - Syknęła przez zaciśnięte zęby. - Bo Wank zajmie twoje miejsce!
Odwróciłem się przez ramię. Rzeczywiście, mój ukochany przyjaciel przyglądał nam się z rozbawieniem, przymierzając się do zajęcia pierwszego miejsca na przysłowiowym pudle. - Po moim trupie Wank! - Warknąłem i pognałem w jego kierunku. W oddali słyszałem jeszcze głośny śmiech Ady.

 Leżałam wtulona w silne ramiona mojego mężczyzny. Już jutro przenosiliśmy się do Garmisch-Partenkirchen. Andi delikatnie głaskał mnie po włosach, a ja wdychałam jego zapach. Był cudowny. Rozkoszowałam się tą chwilą. Byliśmy we dwójkę, razem, spełnieni, kochający się, szczęśliwi. Brakowało mi go. Jego dotyku, pocałunków, oczu, jego obecności. Od chwili naszego poznania zadomowił się w moim sercu. Nigdy go nie opuścił, wręcz przeciwnie. Gościł tam cały czas. Gdy byliśmy razem moje serce wystukiwało szalony rytm tylko dla niego. Kiedy go nie było trochę słabło, ale cały czas biło. Biło na samo wspomnienie wszystkich wspólnych chwil, zdarzeń... Biło, bije i będzie bić tylko dla niego. Wsłuchałam się w bicie jego serca. Klatka piersiowa rytmicznie unosiła się i opadała – usnął. Złączyłam nasze dłonie, a on machinalnie pogłaskał kciukiem mój palec, na którym znajdował się pierścionek zaręczynowy. Razem, na zawsze...  



****

Witam! ;* 

Nie spodziewałyście się mnie, prawda? :) Zaczęłam pisać rozdział w tygodniu, ale nie miałam serca, by go skończyć. A dziś mnie naszło i takim oto sposobem publikuję Wam ostatni rozdział. Został tylko epilog, który dziś całkowicie sobie ułożyłam :) Niedługo pożegnamy się z historią Ady i Andiego, a ja mam nadzieję, że spokojnie będę mogła pisać na Maćka ^^ 

Co się zmieniło w moim życiu od lipca? Zdałam maturę, dostałam się na studia i tak sobie żyję od jednego kolokwium do drugiego :D We wtorek mam wyniki kolosa z gramatyki, także trzymajcie za mnie kciuki hahaha :D 

Sezon zaczął się dwa tygodnie temu - mam nadzieję, że dzięki temu będę pisała w miarę regularnie :) Wena powinna być aż do marca :D 
Głęboko wierzę w to, że Andi szybko wróci do zdrowia - życzę mu tego z całego serca! 

Zaległości cały czas nadrabiam - bądźcie cierpliwe :) No i... Wybaczyłyście mi tak długą przerwę, co nie? :D

Pozdrawiam ;* 
Czas trwania opowiadania: 01.02.2014 - 20.12.2014 r.